Bavaria za złotówkę, czyli piwa z outletu

Dziś o piwach spotkanych w nietypowym miejscu. I nie mam tu na myśli kraftów obecnych w osiedlowych sklepach czy na odpustowych kramikach. Mowa o słynnych, bezalkoholowych produktach spod marki Bavaria, które trafiłem w sklepie w stylu wszystko za grosze*. Rozgrzane od padającego słońca, opisane jako napój energetyczny i pozbawione daty ważności – brzmi jak przepis na katastrofę. W takim wypadku nie mogłem ich nie spróbować.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nigdy do entuzjastów bezalkoholowych trunków rodem z Holandii nie należałem. Piłem je kilka razy, zarówno w opcji klasycznej, jak i wariacji z nutą jabłka. Zawsze jednak czułem w nich coś na kształt celulozy, która moim zdaniem często towarzyszy piwom całkiem bez alkoholu. Nie utożsamiam jej jednak z kultowym mokrym kartonem, według mnie nie pochodzi to od utlenienia.  To raczej kartka ze ściągą połknięta na moment przed interwencją nauczyciela**. Wszystkie próbowane wersje były jednak butelkowane, nigdy nie sięgnąłem po puszki, z którymi tu mam do czynienia. Jak więc wypadły Bavaria Original i Bavaria Wit?

Nazwa: Bavaria Original 0.0%
Browar: Bavaria Brouwerij
Styl: Lager Bezalkoholowy
Alkohol: 0% obj.

Skład: woda mineralna; jęczmień, pszenica; chmiel


Temperatura degustacji: 6°C
Kolor: złoty, piwo idealnie klarowne.
Piana: drobnopęcherzykowa, szybko opada do cienkiej warstewki i mocno oblepia szkło.
Aromat: bardzo wyraźny, dominujący jasny, lipowy miód – wyraźna oznaka utlenionego piwa. Delikatnie wyczuwalna jest także nuta mokrego zboża. Przy większym ogrzaniu pojawia się znaczna metaliczność.
Smak: praktycznie czysty roztwór jasnego miodu, do tego nuta, którą określam jako podpiwkową, delikatnie obecna kukurydza i odrobina zboża.
Goryczka: niemal nieobecna, jak to w przypadku koncernowych lagerów, choć piwo ma nieco tępy posmak. Dochodzi do tego lekka metaliczna cierpkość.
Całość: bardzo słodka, jednowymiarowa i nazbyt pusta, jednak lepsza od kilku komercyjnych propozycji w tym segmencie. Myślałem, że będzie gorzej. 3,5/10

Nazwa: Bavaria Wit 0.0%
Browar: Bavaria Brouwerij
Styl: Witbier Bezalkoholowy
Alkohol: 0% obj.

Skład: woda mineralna; jęczmień, pszenica; chmiel, ekstrakt z akacji


Temperatura degustacji: 5°C
Kolor: mydlano – słomkowy, piwo mętne.
Piana: drobnopęcherzykowa, szybko opada i oblepia szkło.
Aromat: przede wszystkim sztuczny aromat bananowy. Dokładnie taki, jaki kojarzyć można z piankami o smaku banana, czy rozmaitymi oranżadkami. Z resztą, nuta kolorowej oranżady alias gumy/lodów tutti frutti jest tutaj równie wyraźna. Szkoda, że tak ewidentnie kojarzy się to z syntetykami – nawet nuty estrowe, pochodzące od weizenowych drożdży są zupełnie inne. Tu wygląda to tak, jakby ktoś próbował je sztucznie podrobić. Zwłaszcza, że to nie hefeweizen a witbier. Kolendry brak.
Smak: również syntetyczne banany, guma wieloowocowa dla dzieci, sztuczne brzoskwinie (niczym z proszkowej oranżady). W tle lekkie, jasne zboże.
Goryczka: no nie żartujmy.
Całość: potwornie słodka, wręcz ulepkowa, mdława. Ani to witbier, ani to weizen, ani radler. Przynajmniej nie jest zepsute. 2/10

Skoro w składzie nie wymieniono ani skórki pomarańczy, ani kolendry, można wnioskować że ich nie ma. Ale co z tajemniczym ekstraktem z akacji? Jedyny spożywczy ekstrakt tego typu jaki znam to guma arabska, którą w piwie stosuje się sporadycznie. Pojawia się zwykle w różnych oszukanych browarowych wypustach, stabilizując pianę i nadając piwu mętność. Nie zdziwię się, jeśli i tu miała taką rolę – w końcu to spore pójście na łatwiznę. Co więc z aromatami? Obstawiam, że są identyczne z naturalnymi lub całkowicie syntetyczne i ze sztuką piwowarską nie mają wiele wspólnego.


O etykietach nie ma co pisać – to klasyczny wzór, używany zarówno na butelkach jak i puszkach holenderskiego browaru. Brak informacji o ekstrakcie czy szerszym składzie, a ponieważ to wersja z importu, wszystkie napisy są w rodzimym języku producenta. Razi brak daty ważności, mimo zapowiedzi na puszkach, oznaczenie nigdzie się nie pojawia. Nie wygląda na to, że było starte czy usunięte w inny sposób. Sądzę, że wcale nie zostało nabite.

Podsumowując, spodziewałem się katastrofy, a dostałem po prostu dwa średnie piwa bezalkoholowe. Jedno utlenione, drugie niepijalne przez swój charakter. I raczej z własnej woli po nie nie sięgnę, nawet gdyby czekały w normalnym sklepie, a nie przemysłowym odpowiedniku lumpeksu.  Czy więc Bavaria warta jest swojej outletowej ceny? Pewnie tak, choć wolę oszczędzić i kupić 1 na 100 Kormorana, czy nawet porządny kwas chlebowy. Póki jeszcze trwa lato, będą jak znalazł.


*Zaskakujące, jak wiele markowych i rzadkich szkieł czy piwowarskich gadżetów można trafić w tego typu miejscach. Takie kraftowe diggin’ in the crates

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on Tumblr